• leniwa niedziela

    _DSC0035 _DSC0029 _DSC0015 _DSC0009 _DSC0119

    u nas spokój. cisza. błogo.
    mój organizm po raz kolejny zaskakuje mnie tym, jak szybko radzi sobie z operacją. po dwóch dobach w klinice wróciłam do domu i nie siadam nawet na minutę, ciągle coś wynajduję. i nie dlatego, że muszę, a po prostu nie potrafię „odpoczywać”..
    Beniamin śpi i je. choć nie powinnam tego pisać, bo zapeszę. liczę się z tym, że ten czas Jego ciszy za chwil parę się skończy.
    i choć myślałam, że znowu to wstawanie w nocy, mleko, pieluchy.. to ku mojemu zaskoczeniu nie jest to żadnym wysiłkiem.
    pozamykałam sklepy internetowe, mam wolna głowę od obowiązków. po raz kolejny stwierdziliśmy z mężem, że podział ról na zarabiającego i zajmującego się ogniskiem domowym jest najlepszym wyjściem dla nas wszystkich. odpuszczam wiec na chwilę, może na chwil parę.. już sam blog zajmuje sporo czasu i daje maksymalne spełnienie, które pozwala oderwać się od codzienności.
    ku mojemu zaskoczeniu, decyzja ta wniosła do naszego domu ponownie harmonię, cierpliwość moją, spokój..
    i to chyba tak jest, że jak każdy będzie miał robić swoje, to zrobi to do końca  dobrze.. a jak każdy chce wszystko, to jest niedokończone, nerwowe, na prędce..
    cieszę się więc niezmiernie, że na ten podział ról możemy sobie pozwolić.
    pytacie jak Tosia zareagowała na brata..?
    chyba nawet nie za bardzo się na tym skupialiśmy. czekała, wiedziała, tuliła brzuch.
    nie miała ani odrobiny problemu z tym by zostać w domu z Babcią, gdy ja pojechałam do kliniki. dzwoniliśmy do siebie na facetime i oglądała Benia. w piątek wpadła do kliniki jak szalona. pierwsza sekunda była dla Niej chyba rozczarowaniem. myślę, że spodziewała się większego dzidziusia a nie takiego robaczka. wyciągnęła ręce do Taty i cicho Mu oznajmiła, że Ona nie lubi malych dzieci. ale już w aucie zdecydowanie chciała siedzieć razem z nim z tyłu. poprawiała mu kocyk, czapeczkę.
    w domu trzyma Mu butelkę, siedzi i pilnuję gdy ja idę po pieluszkę. głaszcze i całuje po główce.
    nigdy nie użyliśmy słowa „zazdrość” żeby w ogóle nie wiązała tego z pojawieniem się brata.
    więc z ręką na sercu mogę przyznać, że nie przejawia tego zachowania w ogólę.
    może też dlatego, że była u Nas moja Mama i zabawa była całe dnie. staram się też poświęcać Jej więcej czasu i uwagi niż dotychczas. 
    grypa u nas rozszalała się na całego. kichanie, gardła.. Tosia więc nie chodzi do przedszkola i pojechała na wieś do Dziadków i mojej siostry. długo zastanawiałam się czy to dobry  pomysł. czy ten czas jest odpowiedni. gdy pojawia się nowy mieszkaniec to Ona wyjeżdza. jak to odbierze.. biłam się z myślami.. ale gdy w sobotę spakowała się już o siódmej rano i siedziała w aucie u Dziadka, nie miałam dużo do gadania.
    dzwonię do Niej, łzy z tęsknoty leca mi jak grochy, mówie, że tęsknie, a Ona na to „Mama, mam z Babcią wojne na poduszki, nie mam czasu, do zobaczenia”.. i wtedy wiem, że mogę skupić się na kangurowaniu Benka, nie mając żadnych wyrzutów sumienia.
    a kiedy dzownię, odbiera i Jej pierwsze pytanie jest „jak Benek?”.. wiec na razie zmartwień o Jej zazdrość brak.. myślę, że nadejdzie gdy Ben będzie bardziej absorbujący, wymagający większej uwagi.. wtedy zamierzam podrzucać czasami Bena do Babci (po drugiej stronie wsi) i spędzać popołudnie tylko z Nią. babskie popołudnia. kino, basen, lody..
    cieszę się na tę zimę.. na leniwe leżenie na podłodze i czas z dziećmi.. cieszę się, bo mam teraz wolną głowę. wolną od obowiązków, zobowiązań, planów, wysyłek.. 
    mam znowu czas na rodzinę.. i nie chce spełniać się biznesowo w żadnym tego słowa znaczeniu. niech tym fachem imponuje mi mąż. a wtedy nie mając tych obowiązków na głowie może ja zaimponuje w końcu samej sobie jako Matka..
    jesteśmy więc od soboty z Benkiem. z Benkiem, który śpi i je. więc czasu mam tyle, że od ponad dwóch lat nie miałam takiej ilości nawet w jednej czwartej.. leże nawet.. i to nie tak, na boku, na szybko nogi wyprostuje by zaraz lecieć pranie wyciągnąć z pralki.. o nie, nie.. w sobotę leżałam 3 godziny. ot tak. w południe. Matka dwójki dzieci. 3 godziny w południe leży. jakiś niebywały luksus..
    nawet w ciąży pół godziny nie leżałam.. a moja Mama, moja siostra, dzieci siostry,  Tata, Szwagier  w tym czasie bawią Tosię…
    czy ja nie mówiłam, że rodzina w życiu jest najważniejsza..?
    w niedzielę, gdy Adaś pojechał na moto, my leniwie spacerowaliśmy pół dnia..

    przypomniało mi się coś…
    jedziemy z moim mężem z Bielska, gdzie ściagali mi szwy. słyszymy w radio naszego znajomego. dzwoni mój mąż więc do Niego.
    a że dawno nie rozmawiali to mąż zdaje różne relacje…
    - zatrudniłem takiego chłopaka. wiesz, roboty nie miał, jakieś rodzinne problemy, to Go przygarnąłem. przez miesiąc okradł nas na dziesiątki tysięcy. sądy, policja. 
    potem chwile milczy, bo chyba Tamten coś mówi, pyta..
    a potem znowu mój mąż..
    - nie Mirek. to są tylko pieniądze. dziś są, jutro ich nie ma. a mi się zdrowy syn urodził. zdrowy!


    _DSC0045
    _DSC0005 _DSC0014 _DSC0120 _DSC0037

    uprzedzając pytania :)
    moje buty – minnetonka (nie wysyłają do Polski, ale wysyłają ze strony zappos.com i są na naszym polskim allegro)
    sweter – taka marka TU.
    kapelusz – mohito (stary)
    koc Benka z wilkiem – Effii
    rampers czerwony – kidscase (nowa marka, którą sama sobie wynalazłam czekając w kolejce do lekarza, i zamawiałam przez telefon z niedoczekaniem. genialna jakość.)
    torba w grochy – DwellStudio
    s
    moczek – Hevea

  • bo Kto to wie..?

    _DSC0460 _DSC0458

    za oknem niezliczalna ilość miniaturowych kropel deszczu tańczy po polu. sprawiają wrażenie jakby spadały z każdej strony.
    a gdy zawieje wiatr są tak lekkie, że kręcą się w koło, odbijają od ziemi, by znów unieść ku górze.
    korony drzew kładą się nisko. liście brązowe wyścielały naszą wiejską ulice. 
    na śniadanie herbata z cytryną. twarożek ze szczypiorkiem. rogalik polany syropem klonowym.
    w kominku strzela ogień. odbija się w ociekającej wodą szybie. 
    wiatr co chwila unosi słoneczny żagiel co został po lecie na werandzie. mocujące go haki, przy każdym podmuchu wiatru wydają dźwięk, jakbyśmy siedzieli na prawdziwym statku.
    w tym statku Tosia bawi się z Babcią w lekarza, i słyszę jak mówi „choroba serca ma taką zasadność, że trzeba leżeć”.
    Benio śpi smacznie w wózku przy brzozowym palenisku.
    i przechodzi mi taka myśl przez głowę, że co człowiek wie o niewiadomym?
    co wie o wszystkim czego nie przeżył i nie doświadczył? nic nie wie. nawet jak mu się wydaje, to nie wie nic.
    bo czy jest większa miłość niż miłość do dziecka? nie ma. czy móżna kochać mocniej niż swoje dziecko?
    tej miłości jest taka granica, że przekroczyć już sie nie da. 
    a potem przychodzi taki moment.. że rodzi się drugie…
    i… nie dzielisz miłości na pół.
    nie dzielisz cierpliwości, wrażliwości, serca i oddania.
    nie kroisz nożykiem na pół siebie. starannie by było sprawiedliwie po każdej stronie.
    tyle samo słów, tyle samo spojrzeń, tyle samo czułości i dotyku.
    nie dzielisz.
    jest Ciebie po prostu dwa razy więcej.
    miłości masz na nowo, łez i wzruszeń.
    taki pakiet Ci w beciku przynoszą. a w takiej niewidzialnej kieszonce te wszystkie uczucia jakich nikt na świecie nie zdoła niczym zastąpić… One są tylko w tym właśnie Twoim beciku.
    i choć przecież pierwsze kochasz tak, że bardziej już się nie da, to… tu tkwi ta niewiadoma..
    że jak człowiek nie przeżyje to nic nie wie.

    bo jak rodzi się drugie, to kochasz tak bardzo, że pierwsze kochasz jeszcze mocniej, by mogło być po równo.
    więc gdy wydaje Ci się, mając jedno dziecko, że miłości większej już na świecie nie ma… to tylko się wydaje…
    i już tak nam się zapędził ten świat, dom, praca, obowiązki, wydawałoby się priorytety…
    do momentu gdy przychodzisz ze szpitala. kładziesz torbe… i nagle te wszystkie ważne sprawy, które były ważne jeszcze wczoraj, dziś wydają się być tak zupełnie nie moje..
    nasz dom dopiero dziś stał się pełny i prawdziwy… 
    a jak kiedyś dołączy trzecie… to juz chyba będzie za dużo szczęścia jak na jeden szary drewniany domek…

    słyszę jak zaczyna mruczeć Benio… Tosia podchodzi do wózka, wspina się na paluszki, próbuje dosięgnąć Jego rączki i mówi 
    „nie płacz Beniaczku, jestem przy Tobie”…

    _DSC0430
    _DSC0456 _DSC0452 _DSC0423 _DSC0431 _DSC0420

    pytaliście nieraz jakie wózki będę mieć.
    spośród wszystkich firm jakie się do mnie odezwały, wybrałam trzy.
    jeden z nich to klasyk. Navington 50tka. dla oka, dla zaspokojenia swoich potrzeb estetycznych związanych z antykami.
    drugi z Nich, to wózek o bardzo przystępnej cenie, który podbił moje serce jeżeli chodzi o wykonanie i przemyślany każdy szczegół. wózek na nasze wiejskie drogi. będzie o nim za chwil parę (tydzień może dwa).
    trzeci…
    zupełnie przez przypadek. udałam się do wielkiego sklepu z wózkami. bo przez trzy lata człowiek już nie jest na bieżąco.
    jako, że zbliżał się czas porodu, firmy pytały, to poszłam się zorientować co i jak…
    wchodzę i na pierwszym miejscu stoi ON!!! jeszcze w tym kolorze camel.
    i zwariowałam. ten, ten, tylko ten. musi być mój choćby nie wiem co.
    wpadłam jak szalona do firmy męża i szukam w internecie.. informacji, importera..
    wpadłam po uszy. aż spać nie mogłam. no jak to baba. facet z motocyklem ma tak samo, więc się usprawiedliwiam.
    Firma Marko – baby postanowiła mnie dłużej w tym szaleństwie nie przetrzymywać i przyszedł do nas wózek..
    mój mąż, któremu ogólnie mało zależy na wyglądzie pojazdu naszego dziecka, stwierdził, że ładniejszego nie widział… „wiesz Puszku, to taki jakby mercedes wśród wózków”.
    i przyznaje, że tak jest. 
    raz w miesiącu przez najbliższy czas będę pisać kilka zdań o tym jak nam się wózki sprawują. o ich wadach i zaletach..
    Wózek Mima kobi do zobaczenia TUTAJ

  • Beniamin Guido Domin

    zdj?cie _DSC0343